Mogę powiedzieć, że ten blog ma o 20 lat więcej niż ma. Tylko że na początku był czarnym kołonotatnikiem w kratkę (dokładniej: Brulionem na spirali A6 200 kartkowym, w kratkę). 200 kartek pomieściło relacje z 3 wakacyjnych wyjazdów rowerowych z lat 2000 – 2003, a pierwsza relacja zaczyna się tak:

15.07.2000

Wyruszam tak, jak planowałem – 15. lipca. 18:22 – mama odprowadza mnie na dworzec kolejowy w Jeleniej Górze. Pierwszy etap to pociąg Szrenica do Wrocławia.

Nie ma przedziału bagażowego, więc zostawiam rower w przejściu między przedziałami. Zaraz za Janowicami – pierwsza wywrotka. Ciekawe, czy są jakieś spustoszenia w bagażach

Mam wrażenie, że gdybym do końca zdawał sobie sprawę z tego co robię, to serce by ze mnie wyskoczyło ze strachu. W tym momencie prawdopodobieństwo tego, że za 2 tygodnie będę na Islandii jest takie samo jak tego, że jutro znajdę się spowrotem w domu. Plan podstawowy sięga jak na razie jutrzejszego ranka i pomyślnego dotarcia do stacji Sczecin-Dąbie.

Pociąg z Wrocławia okazał się nie mieć wagonu bagażowego (do tego wcale nie był z Wrocławia, tylko z Katowic). Udało mi się wsiąść (dzięki pomocy udzielonej przez Marcina [tego Marcina]) i pojechałem. Rower stoi w końcówce wagonu. (nie ostatniego, bo nie było jak wstawić), a ja na korytarzu walczę ze snem. Nie wiem jak to będzie z tą jazdą rano.

Taki bikepacking

16.07.2000

Godz 6:35. Liczniki wyzerowane. Jestem w Szczecinie (Dąbie). Gotów do wyjazdu. Dopiero ok. 9:00 znalazłem właściwą drogę do przejścia w Lubieszycach. Pierwsza kontrola w sumie udana (dlatego, że udało mi się przejechać). Najpierw polski celnik przyczepił się do mojego paszportu. Później niemieccy sprawdzali ile mam kasy i wypytywali o przemyt (heroina, extasy, vodka, cigaretten, ..). W końcu ok 10:00 przekroczyłem granicę niemiecką.

Po 10km musiałem zrobić sobie przerwę. Jestem zdrowo zmęczony po podróży pociągiem i jak sobie usiadłem na ławeczce to prawie zasnąłem.

Przyrządziłem pierwszą zupkę. Przy okazji, pierwsza awaria – ukręcony kurek w kuchence, ale nic poważnego. Chciałem przejechać dziś ok. 200km, ale teraz moje ambicje sięgają zaledwie 150. Kolejne 30km strasznie mnie zmęczyło. Zrobiłem więc postój z posiłkiem w Strasburgu (102km). Posiedziałem 1,5h i ruszyłem z planem minimum dotarcia dziś do Neubrandenburg. Ostatecznie udało mi się dojechac jeszcze dalej i rozbiłem namiot ok 25 km przed Waren.

Pogoda z upływem dnia poprawiała się. Jutro będzie chyba słonecznie i ciepło (słaby to trening :)). Jechałem cały dzień pod wiatr, który jednak nie był na tyle silny, aby dać się ostro we znaki. Tutaj chyba zawsze tak wieje, bo widziałem naprawdę sporo wiatraków-elektrowni.

Drogi bardzo dobre, również odcinki brukowane. W każdej, nawet najmniejszej miejscowości, wzdłuż drogi prowadzi ścieżka rowerowa, ale jak przypuszczam tutejsza młodzież preferuje motocykle (przewaga ścigaczy), których spotkałem cały multum.

Wjechałem ok. 100km w głąb Niemiec. Z trasy, wg. której jadę pokonałem ok. 120km. Byłoby naprawdę sporo, gdyby nie głupia wpadka w Szczecinie.

  • Dystans: 163.79km
  • Czas jazdy: 8:10:18
  • Prędkość średnia: 20.0km/h
  • Prędkość maksymalna: 42km/h

17.07.2000

Straszny dzień. Wstałem (obudziłem się) o 7:40. Śniadanie i zbieranie zajęło mi 3h!, więc pora już leciutko spóźniona. Nic to – myślę – nadrobi się. Pogoda ładna, spanie i jedzenie było – będzie fajnie.

…ale nie było.

W Waren na stacji zatankowałem butelki wodą z kranu. Wącham – nie śmierdzi. Myślę sobie – będę popijał. I to był błąd. Ale nim błąd pokazał swoje owoce, dotarłem do Malchow. Bardzo ładna miejscowość nad jeziorem, ale ja nie dzięki temu będę ją pamiętał. Droga na Karow, którą jechałem, w Malchow jakoś dziwnie się kończy na jednym skraju miasteczka, a później znów zaczyna na drugim – bynajmniej nie po prostej. I w poszukiwaniu tej drogi straciłem ok. 3h i 30km!!! Jedyna dobra rzecz jaka mi się przytrafiła w tym czasie to ALDI – zrobiłem małe zakupy.

Kiedy już udało mi się wyjechać z Malchow, dało o sobie znać poranne tankowanie. Standardowy ból brzucha wróżący tylko jedno – wizytę w toalecie. Ale toalety przez 10 następnych kilometrów nie spotkałem, podobnie jak i rozsądnie dużego lasu. Kiedy wreszcie lasek się pojawił…

Zaczęło mi się jechać bardzo ciężko. Wiatr dodatkowo był silniejszy niż wczoraj a górki zdecydowanie dające się we znaki obładowanemu cykliście, w dodatku po przejściach.

Przejechałem prez Crivitz i kilka kilometrów dalej nocuję w lesie. Zgodnie z drogowskazami mam ok. 10km do Schwerin, ale pojawiły się rysunki autostrady, więc nie wiem jak rano będzie. Rozbijam się skromnie – składanie powinno być szybsze niż dziś. Wypijam sobie miętę na skołatany żołądek, tylko że krucho jest z wodą.

  • Dystans: 132.25km
  • Czas jazdy: 6:45:56
  • Prędkość średnia: 19.5km/h
  • Prędkość maksymalna: 39km/h

18.07.2000

Wreszcie dzień, gdy udało się nie stracić wielu kilometrów. A mogło być źle.

Rano troszkę padało (od 6. do 7. i później podczas zbierania).

Do Schwerin spokojnie. Zrobiłem nawet zdjęcie zamku. Później zgodnie z planem drogą 104 do Lubeck. Było OK jakoś do 25km przed miastem, gdzie kilku kierowców klaksonami dawało mi znaki, że chyba jadę po złej drodze. Jeden nawet pogroził pięścią. Droga była niby tylko z dwóch pasów, ale załadowana strasznie – szczególnie ciężarówkami. Ścieżka dla rowerów faktycznie pojawiała się obok, ale nie można było na nią zjechać (barierki), a kiedy już się to udawało to skręcała gdzieś w jakby złym kierunku. W pewnym momencie tak się wkurzyłem, że zacząłem przeklinać Niemców i ich system ścieżek rowerowych. Do tego cały czas jechałem pod wiatr i – jak mi się wydawało – ciągle więcej pod górę niż z góry.

Schwerin

W końcu dotarłem do Lubeck. Jest to pierwsze miasto na trasie, które łapie się na moją mapę Skandynawii, więc sobie zerknąłem – katastrofa. Drogi po któych miałem jechać wyglądały coś zdecydowanie na samochodowe. Pogodziłem się już z myślą, że trzeba będzie nadrabiać dystans pociągiem, a na razie – pomyślałem – pojadę sobie bocznymi drogami jak się da najdalej.

No i trafiłem na świetną ścieżkę rowerową, która prowadzi z Lubeck aż do Kiel! Udało mi się dojechac za Plon (fajne miasteczko) około 25km przed Kiel. Znów wróciła nadzieja na wykonanie planu.

  • Dystans: 143.64km
  • Czas jazdy: 7:47:39
  • Prędkość średnia: 18.4km/h
  • Prędkość maksymalna: 36km/h

19.07.2000

Trzymam się planu minimum. Ścieżki rowerowe w Niemczech faktycznie mnie uratowały. Praktycznie od Lubeck aż do granicy duńskiej ciągle jechałem ścieżką.

No właśnie – jestem w Danii. Ze 3km za granicą, ale zawsze.

Dziś zrobiłem ekspresowy start bez śniadania – zbierałem się tylko 1,5h. Odkładałem tak ten posiłek (coś tam zawsze podjadłem), aż w końcu ok. 15:00 musiałem zrobić sobie postój na przystanku autobusowym i zjeść coś konkretnego.

Cały dzień wiał wiatr. Coraz silniejszy, a w Danii to już głowa mała. Przygotowywałem się psychicznie na coś takiego na Islandii, a tu już teraz. Jeżeli tam jest gorzej, to…

Przed południem (przy wjeździe do Kiel) spadł całkiem konkretny deszcz. Niestety kurtka już nie zdaje egzaminu. Mam nadzieję, że na miejscu polar 200 i dwie kurtki jakoś sobie poradzą. Nocleg w lesie. Nie wiem niestety do końca jak jest z tym nocowaniem w Danii, więc dreszczyk emocji pozostaje. Dodatkowo boję się, żeby mi w nocy jakaś sosna (a wysokie są i skrzypią na tym wietrze) na głowę nie spadła.

  • Dystans: 126.58km
  • Czas jazdy: 7:22:24
  • Prędkość średnia: 17.1km/h
  • Prędkość maksymalna: 39km/h

20.07.2000

Dziś pospałem sobie do 8:20 i mimo, że jadłem śniadanie, wyruszyłem już przed 10:00. Cały dzień polegał na jednym – walce z przeciwnym wiatrem. A zapodawał momentami strasznie. Widać to po bardzo mizernej średniej. Przy silniejszych podmuchach prędkość spadała do 11km/h, a prawie każdy przejazd ciężarówki oznaczał walkę o utrzymanie na drodze. Na szczęście dużą część dystansu pokonałem korzystając ze ścieżek rowerowych, choć ostatni odcinek niestety był w stylu sztokholmskim i troszkę mnie zdenerwował.

Wracając do wiatru – z każdym dniem do tej pory był silniejszy i w którym kierunku bym nie jechał – zachód czy północ – zawsze wmordewind.

Wiem, że na Islandii może być jeszcze gorzej – silniejszy wiatr i deszcz – ale tutaj się tego nie spodziewałem. Niemcy i Dania miały być tylko wprawką do głównej jechanki a tu się okazuje, że to bardzo konkretna praca.

Mimo, że dystans dziś najkrótszy, to jestem raczej zadowolony. Przejechałem o parę kilometrów Esbjerg i mam około 200 km do promu. Powinno się udać. Tylko nie wiem jak z tym wiatrem, ale może coś się zmieni bo wieczorem coś przycichło i pokazały się skrawki nieba.

Dania raczej w porządku. Przede wszystkim czuje się ten skandynawski klimat. Wróciły wspomnienia, poczułem się jakbym już tu był. Różnica w porównaniu z północną częścią to chyba bardziej rolniczy charakter gospodarki. Od samego rana tylko pola, krowy, konie, kura, kaczka, drób, … 🙂 I płasko jak stół – stąd pewnie ten wiatr taki silny, bo ma się gdzie rozpędzić.

  • Dystans: 121.27km
  • Czas jazdy: 7:28:15
  • Prędkość średnia: 16.2km/h
  • Prędkość maksymalna: 25km/h

Jest 21:57 i jasno! Ciekawe jak w domu?

21.07.2000

Rano (wstałem ok. 8:00) było jeszcze pochmurno, ale zaraz przed wyruszeniem (9:30) wyszło słońce :). Zdjąłem więc wietrzno-zimowe ciuchy i w drogę. Wiatr w porównaniu z wczorajszym – żaden. I ciepło. Jechało się fajnie. Musiałem przez pierwszą połowę dystansu trochę objeżdżać samochodówki naddając około 15 km. A później – mimo że słońce nadal świeciło – była powtórka z wczoraj. Prawie 50km walki z cholernym wiatrem, którego TU miało NIE BYĆ! 🙂

Ale jak już dotoczyłem się do Holstebro, to o tym wszystkim oczywiście zapomniałem i byłem z siebie bardzo zadowolony.

Chciałem jeszcze zmniejszyć sobie dystans na jutro, więc postanowiłem dojechać do Struer. 15 km przejechałem w tempie – jak na dziś dzień – imponującym (20km/h). Między Holstebro i Struer zachmurzyło się tak, że byłem prawie pewien deszczu, który o dziwo nie spadł. Mogłem za to podziwiać na niebie niż baryczny (chyba) – kłęby chmur dookoła czystego nieba. [tu w notatkach następuje rysunek chmurnego kręgu ze strzałką wskazującą kierunek obracania się chmur gnanych wiatrem].

I wyglądało na to, że jechałem ciągle pod tym wiatrem. Może jak przez noc niż pójdzie sobie na południe, to coś się zmieni.

Wczoraj już miałem straszną ochotę przenocować na kempingu (a przede wszystkim wziąć prysznic), ale nie dojechałem do Varde. Dzisiaj za to nocuję na kempingu w Struer. Wiem, że może to lekka rozpusta, bo jutro przecież się wykąpię na promie, ale doszedłem do wniosku, że mogę sobie na to pozwolić. 58DKK za noc.

Korzystając z oszczędności w gazie próbowałem dziś wcisnąć w siebie 0.5kg makaronu. Ciężko było i po zakończeniu operacji na nic już nie miałem ochoty oprócz snu 🙂

  • Dystans: 126.44km
  • Czas jazdy: 7:02:46
  • Prędkość średnia: 17.9km/h
  • Prędkość maksymalna: 31km/h

22.07.2000

Dziś miała być wczesna pobudka w celu dokonania napraw w sprzęcie (szycie sakw), ale jakoś nie wyszło. Wstałem więc o 8:00. Udało mi się pozszywać co chciałem i razem ze zjedzeniem śniadania i zebraniem się zajęło mi to tylko 2h 🙂

Ruszyłem na Thisted. Grzało tak jak wczoraj i tak jak wczoraj – nie jechałem pod wiatr ..przez 20 pierwszych kilometrów. A może ja się po prostu zmęczyłem?

W Thisted odpoczynek i zakupy: powtórka z klasyki, czyli litrowy jogurt (10DKK) i Digestive – najtańsze ciastka Skandynawii.

Ostatni odcinek do promu to 21km. Byłem na przystani ok. 16:30. Prom przypływa z Islandii ok. 16:00, więc zdążył się rozładować i rozpoczęło się już ustawianie samochodów na placu. Przepakowałem trochę bagaży aby wziąć potrzebne rzeczy z ładowni a resztę zostawić przy rowerze.

Przed zaokrętowaniem spotkałem pewnego Niemca. Rozśmieszyła go opalenizna na mojej twarzy – z jasnymi śladami po paskach od kasku. Opowiedział mi trochę o Islandii. Jedzie tam już trzeci raz na pieszą wędrówkę.

Kilka minut przed 19:00 wjechałem na pokład. Okazało się, że mam kuszetkę (w sumie 6 łóżek) z jedną panią, która była bardzo przerażona faktem iż nie jest to kabina kobieca. Później pojawiła się jeszcze dwójka pasażerów (chłopak i dziewczyna), więc pani się trochę uspokoiła. Poszła spać zaraz po wypłynięciu.

Oprócz mnie na promie jest czwórka rowerzystów: dwójka Niemców, chyba Duńczyk i chyba Francuz. Ten ostatni ma bardzo ciekawy rower z przyczepką. Pierwsze godziny rejsu w porządku. Jedyny problem mam z piciem. Zaryzykowałem kranówę. W razie czego do toalety niedaleko.

Terminal promowy Smyril Line w Hirtshals
Mam miejsce przy oknie
  • Dystans: 90.99km
  • Czas jazdy: 4:55:05
  • Prędkość średnia: 18.5km/h
  • Prędkość maksymalna: 37km/h

W sumie do promu wyszło 905km

Tags:

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *