Dziwny ten everesting. Myślałem, że jeśli uda się raz to odhaczę życiowy cel i nie pomyślę nawet o powtórce. Tym bardziej byłem tego pewien podczas pierwszej próby i zaraz po niej.

Niestety zaglądam czasami na https://everesting.cc/ a tam – system motywacyjny. Dodatkowe odznaki do zdobycia – everesting na podjeździe gruntowym, ikonicznym, odpowiednio stromym, położonym w mieście. Niczym w programach lojalnościowych jakiejś sieci handlowej. Albo gierkach na komórkę jak Tap The Frog czy Zwift.
Kto rozsądny by się na to złapał? (Ja tylko w Zwifcie, w Tap The Frog wszystkie odznaki zdobyła Małżonka).

Raz na jakiś czas dostaję maila z informacją, że któryś kraj dołączył właśnie do listy i ma swojego pierwszego everestera. Na stronie mapa. Wiadomo – wszystko w osiągalnym obszarze „wyjechane”. Na peeeewno. Na pewno?..

Kraj na trzech wyspach Morza Śródziemnego. Tak małych, że ktoś chyba po prostu je przeoczył.
Pusto – brak odnotowanego everestingu!

Kolega był jakiś czas temu na Malcie. Widziałem na Stravie, że jeździł tam rowerem. Tylko że nie – jak zazwyczaj to robi – rowerem szosowym. Opowiadał też, że podjazdy tam są, ale krótkie i strome.
Zachodzę w głowę dlaczego do tej pory nikt nie zaliczył everestingu na Malcie. Przecież to na pewno takie „prawie Włochy” – na pewno pełno kolarzy, prawie włoska a więc prawie kolarska kultura…

Okazało się, że praktycznie nic nie wiedziałem o Malcie.
Rowerowa kultura na pewno nie jest na włoskim poziomie. Spora część informacji jakie znajduję wręcz odradza jazdę rowerem: zatłoczone ulice, „południowy” styl jazdy. Na jednej ze stron (takiej nawet oficjalnej) czytam ostrzeżenie, żeby nie jeździć rowerem w weekendowe poranki, ponieważ na szosy wylegają wtedy pijani kierowcy. Sytuacja się ponoć poprawia – powoli.
Ale wszystko inne już „wyjechane” a Wrocław ma z Maltą połączenie lotnicze..
Poszukajmy jakichś segmentów.. 🙂

Typuję podjazd Tan Niqra Climb – jest szosa, rejon poza miastami. Górna połowa do obejrzenia na Google StreetView – asfalt wygląda dobrze. Podjazd nieco stromy – do 20% w pierwszej części. Umiejscowienie na peryferiach wyspy jest jednocześnie zaletą i wadą. Nie powinno być problemu z samochodami, natomiast brak w odległości kilku kilometrów jakiejkolwiek bazy w postaci sklepu, stacji benzynowej czy restauracji.
Tak czy inaczej – wpadłem w to!


Próbuję sprzedać pomysł na wspólną eskapadę i próbę kolegom. Jakoś tak nie chwyta.

– Agatko, wiesz że nie było jeszcze everestingu na Malcie?

– ?

W styczniu rezerwuję bilety. Jestem już tak nakręcony, że ostateczna cena „tanich biletów lotniczych” chyba nie zasługuje na tę nazwę. Szukam noclegów jak najbliżej podjazdu. Tutaj również ujawnia się słaba strona jego nieturystycznej lokalizacji – brak ofert zakwaterowania w bezpośredniej bliskości. Wybieram więc Rabat. To tylko kilka kilometrów dalej. Do tego miasto samo w sobie warte odwiedzenia (przede wszystkim wraz z sąsiednim, dawną stolicą Malty: Mdina). Znajduję wypożyczalnię, która oferuje rowery szosowe. W jeszcze innym punkcie wyspy, ale co tam – przecież ta podziałka na Google Maps zawsze pokazuje na Malcie raptem kilka kilometrów. Pisałem już, że praktycznie nic nie wiedziałem o Malcie? 😉

Niestety w lutym pojawiają się okoliczności, które najpierw stawiają wyjazd pod znakiem zapytania, potem całkowicie go wykluczają i choć w połowie marca wiemy, że teoretycznie możemy jechać, to obojgu nam brakuje właściwie chęci. Decyzję żeby jednak lecieć podejmujemy tylko dlatego, że pieniądze za bilety na samolot są praktycznie nie do odzyskania. Przygotowania samej ewentualnej próby everestingu stanęły tam gdzie były w styczniu, a wyjazd już za kilka dni.

Poza „mentalem” największe braki mamy w logistyce. Jak zorganizować „kącik z zaopatrzeniem” podczas próby? Dowieźć wszystko na miejsce w plecaku? A jeśli spadnie deszcz albo będzie zimno i wietrznie? Z drugiej strony – nie chcemy wypożyczać auta po tym co wyczytaliśmy o samochodowym zatłoczeniu Malty i nie mając żadnego doświadczenia w ruchu lewostronnym. Lecimy z nastawieniem na to, że pozwiedzamy Maltę a czy będzie everesting to się zobaczy.
Wypożyczenie rowerów mamy również nie dopięte do końca, ponieważ samolot ląduje o 11:50 a wypożyczalnia pracuje do 13:00. Obiecują na nas trochę poczekać. Ale najpierw musimy odstawić większe bagaże do Rabatu.
Mała wyspa, kilkukilometrowe odległości w Google Maps, rozwinięta komunikacja autobusowa…

Sobota – lądujemy na Malcie. 12km z lotniska do Rabatu pokonujemy taksówką w jakieś 40 minut. Korki jak we Wrocławiu. Gdyby nie to, że właściciele mieszkania oferują podwiezienie nas pod wypożyczalnię, bo akurat jadą w tamtą stronę, chyba byśmy nie zdążyli.

Znacie jakikolwiek inny dobry sklep rowerowy w tym kraju?

Z wypożyczalni z powrotem do mieszkania – 11km – ponad godzina samej jazdy rowerami. Nie było może niebezpiecznie, ale po prostu tłoczno i „nierowerowo”.

Jesteśmy!
Sąsiedzi

Przed zmrokiem ruszamy jeszcze obejrzeć podjazd. Trafiamy na klif minuty przed zachodem słońca. Jest pięknie! Doskonały asfalt (a takich spotkaliśmy na Malcie bardzo mało), morze, widowiskowe nawroty. Jestem tym podjazdem zauroczony. Skoro już przylecieliśmy to takie miejsce nie może się zmarnować. Choćby kilka rundek… Ale do cywilizacji, nawet przystanku autobusowego, jest faktycznie daleko.

-Trzymaj się lewej!
Objazd
Taki podjazd

Po zakończonej wycieczce zapoznawczej (30km i 500m podjazdów) pojawia się ból prawego kolana, który niepokoił mnie już kilka dni wcześniej. Niedzielę spędzamy bez rowerów. Jedziemy na wyspę Gozo i tam korzystamy z oferty objazdu autokarem po głównych atrakcjach. Może kolano odpocznie?

W prognozie na poniedziałek zachmurzenie i 40-50% szans na deszcz między 11:00 a 16:00.
Decydujemy, że jednak trzeba wypożyczyć samochód aby zapewnić sobie bazę z dachem, ogrzewaniem, światłem i zasilaniem oraz miejscem na jedzenie i zmianę ciuchów. Ale wycieczka po Gozo kończy się po 18:00 a wypożyczalnie znajduję tylko na lotnisku – wcale nie czynne całą dobę. Jakiś pan siedzi tylko w budce/przegródce Hertz. Nigdy wcześniej nie wypożyczaliśmy auta. Płacimy 97 Euro za Hyundaia i20 na dwa dni. Upewniamy się tylko, że w cenie jest pełne ubezpieczenie i opcja drugiego kierowcy.

– Trzymaj się lewej!
– „Na rondzie pierwszy zjazd” to nie ten w prawo!

Dobrze, że mój debiut jako kierowcy w ruchu (i aucie) lewostronnym przypada na niedzielny wieczór. Natomiast szkoda, że kładziemy się spać po 22:00. Pobudka o 3:15. Jak u Barei – po wstaniu nie musimy nawet jeść śniadania 🙂

Bazę zakładamy u stóp podjazdu. Jest tu wyasfaltowany parking, na którym wygodnie i bezpiecznie będzie zawracać. W razie wycofania/kryzysu łatwiej będzie również stoczyć się rowerem do auta niż wspiąć do niego, gdyby stało na szczycie. Wydaje mi się też, że baza na dole pozwoli lepiej rozkręcać się po planowanych przerwach – od razu kręcenie pod górę a nie dopiero po wychłodzeniu się na zjeździe.

Jest zupełnie ciemno. Morze pozwala się tylko usłyszeć. Na górze widać kilka świateł nielicznych zabudowań. Temperatura około 10 stopni Celsiusza. Wyczuwalny południowo-wschodni wiatr – w górnej części podjazdu będzie trochę pomagał. W prognozie nadal 50% szans na deszcz w środku dnia. Składam rower i o 4:47 startujemy – ja oraz maszyna obliczeniowo analityczna w mojej głowie. Według wskazań wysokościomierza w liczniku pojedynczy podjazd „robi” 143 m. Pierwszy wynik obliczeń i analiz jest taki, aby podzielić sobie próbę na etapy po 7 podjazdów i między nimi zatrzymywać się na przerwy. 9 etapów da 63 podjazdy – Everest z ponad 100m rezerwą.

Kręci się spokojnie. Największa dla mnie zaleta nocy jest taka, że nie widać nachylenia podjazdu – jadę tylko na samopoczucie nie przejmując się prędkością. Pulsometr przestał działać już na samym początku. Natomiast ogólnie czuję się niepewnie i bez wiary w sukces. Bardzo nie lubię jeździć w nocy w nieznanym terenie. Tu nawet dźwięki są mi obce. Powoli jednak oswajam się z sytuacją. Po 6:00 zaczynam dostrzegać zarysy krajobrazu. Wschodni skraj nieba nieco się rozjaśnia. To światło przynosi pierwszą porcję optymizmu tego dnia. Podczas pierwszej 7-podjazdowej tury kilka razy zjeżdżam na moment do auta i na raty zjadam śniadanie.

Im jaśniej się robi – tym bardziej odczuwam nachylenie najbardziej stromych fragmentów. Są dwa odcinki, gdzie nie da się jechać „lekko” – zapewniając tylko obrót korby. Muszę wstawać z siodełka i konkretniej przepychać. Szczególnie fragment gdzie przez ok. 100m nachylenie wynosi 15-20% niepokoi mnie w perspektywie wielu godzin. Ale górka nie „zabija”. Po stromiznach daje czas na złapanie oddechu. Dolny i górny koniec odcinka są niemal płaskie. Zjazd na tyle bezpieczny, że nie męczę przesadnie mięśni rąk zaciskaniem klamek. Na tyle też krótki aby nogi nie witały mnie zapiekiem na początku każdej kolejnej wspinaczki.

Jakoś krótko po świcie na stromym kawałku zauważam na drodze.. forsującego ją ślimaka! Przypomina mi się kompan z pierwszego everestingu w Przesiece. Ułamek sekundy później mój wzrok pada na rozjechaną muszlę i potem kolejne. Wierzycie w znaki?

Po pierwszych 7 podjazdach wysyłam do kolegów – Krzysztofa i Marcina – informację, że jadę. Dopingują dobrym słowem i towarzyszą mi zdalnie do wieczora – niezawodnie jak poprzednio. Dziękuję Wam!

Na przerwie po podjechaniu 3000 m. coś „pstryka”. Nie wiem dlaczego – fizycznie czuję się wciąż tak samo – ale pojawia się wiara, że dam radę dojechać. Od tej chwili ta wiara będzie już tylko rosła. Matematyka przełamie się później – dopiero gdy po stronie „podjechane” będzie już więcej niż po stronie „pozostało do podjechania”. Przekonanie – też pojawi się o wiele dalej. Ale ta iskierka nadziei była po 3000m.
Póki co jednak strona „pozostało” i „po co mi to” przytłacza bardziej. Podczas dwóch przerw (ale ani razu w czasie jazdy) wyraźnie czuję, że mój organizm chce spać – rzeczy wypadają mi z rąk, w pewnym momencie zaczynam widzieć telewizor z materiałem redakcji sportowej o reprezentacji Polski w piłce nożnej.. (???)

– Nie śpij!!! – krzyczy Agatka. Wie, że uratowała ten everesting!!! 🙂

Wypatruję tego prognozowanego deszczu. Byłby doskonałym pretekstem do powiedzenia: „Spróbowałem ale trzeba było się wycofać”. Nawet bez zrzucania na niego winy i bez ukrywania własnej słabości. Ale po prostu jako taki obiektywny i zdecydowany sygnał: „Kończ!” Deszczu jednak nie ma i nawet kolano nie zaczyna boleć.

Spotykam trochę osób – jak sądzę mieszkańców najbliższej okolicy. Nie wiem czy doliczyłbym w sumie do 20 osób przez całą próbę. Na górze dwóch ludzi od rana do popołudnia naprawia płot. Zerkam na nich przy każdym nawrocie, ale tylko raz moje spojrzenie spotyka się ze spojrzeniem jednego z nich – bez większych emocji 🙂 Uśmiecham się i kłaniam każdemu kogo mijam – odkłaniają się – bez większych emocji 🙂 Nawet chciałbym, żeby ktoś mnie zatrzymał i zapytał o co mi chodzi z tym jeżdżeniem w górę i w dół. Marzę, żeby zostać poczęstowanym przez któregoś gospodarza gorącą kawą.

„Większe emocje” widzę dwukrotnie. Najpierw grupa starszych osób – na oko turyści podczas wycieczki – klaszczą i dopingują. Potem – pewien chłopak – wcześniej mijał mnie autem dwa razy. Po dłuższym czasie znów nadjeżdża z naprzeciwka i na mój widok robi wielkie oczy i rozdziawia usta 🙂

Mam chyba trzy niebezpieczne sytuacje. Dwukrotnie po tym samym ostrym zakręcie na stromej części zjazdu wypadam na podjeżdżające auto. Hamowanie do przytarcia opony i podrzucenia tylnego koła. Bez realnego zagrożenia. I pies – jakoś na 3-4 podjazdy do końca nagle słyszę za sobą szczekającego i biegnącego w moim kierunku sporego (po głosie) psa. Zatrzymuje się kilka metrów ode mnie. Potem w tym miejscu za każdym z pozostałych razów wyczekuję czy znów sie pojawi. Nie pojawia się.

Do końca próby moje samopoczucie się nie zmienia. Wydaje mi się, że mógłbym jechać i jechać. Trudniej jest tylko wysiąść z auta po każdej przerwie:

– Ojej, jeszcze aż 7 razy ta ścianka. [Jejczenie przez 3 rundy]

Po czwartej:

– To już ponad połowa.

Po piątej:

– Jeszcze tylko 2.

Po szóstej:

– O! Już ostatnia przed przerwą.

Po siódmej:

-O! – Kolejne 1000 m! 🙂

Po kryzysie w środku dnia nie chce mi się już w ogóle spać. Kolano nie chce boleć 🙂

8848m na liczniku pojawia się pod koniec 62 podjazdu. Robię zdjęcie licznika na dowód i wysyłam wspierającym mnie osobom, oraz tym, którym wcześniej chciałem ale wstydziłem się przyznać bo i tak miało się nie udać.
Dla bezpiecznego naddatku wysokości spokojnie kończę siedmiorundę i zamykam próbę z wynikiem 63 powtórzeń. 🙂

Pierwszy everesting na Malcie!

Chciałem jeszcze napisać za co dziękuję mojej Małżonce, ale tego się nie da napisać.

Tags:

2 Comments

  1. Fantastyczna historia! Czy będzie zbyt daleko posuniętą wścibskością jeśli zapytam – czym Szacowna Małżonka zabijała czas czekając tęskno na powroty Korboludka?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *